Jakiś czas temu spotkałam się ze znajomą, której nie widziałam już od długiego czasu. Przyszła sfrustrowana, przygnębiona i zła. Pierwsze słowa, jakie usłyszałam to “cholerna inflacja!”. To zdanie, które jest pewnie jednym z najczęściej wypowiadanych ostatnio.

Znajoma została zmuszona do znalezienia dodatkowej pracy w weekendy – poza normalną pracą w tygodniu pracuje w jednej z sieciówek na 12-godzinnej zmianie. Jeśli trafi się niedziela handlowa – wtedy praktycznie w ogóle nie ma czasu dla siebie. To 12 godzin na nogach – obsługa klienta, noszenie pudeł w magazynie, układanie towaru, sprzątanie – słowem wszystko.

Przyznam szczerze, że podziwiam. Sama pracuję dużo, ale ponieważ pracuję kreatywnie, muszę zachować umiar i higienę, zadbać o wolny czas. Bo tylko wtedy mogę być efektywna i skuteczna.

Kiedy znajoma opowiedziała mi o tej nowej pracy, aż mnie zmroziło. Zaczęłyśmy rozmawiać o oszczędzaniu i okazało się, że gdyby wiedziała i pomyślała o jednej praktycznej rzeczy, nie musiałaby iść do dodatkowej pracy!

O co chodzi?

Jeszcze przed nadejściem inflacji (w końcu jestem ekonomistą, więc wiedziałam, że nadejdzie), wdrożyłam szybki plan naprawczy swoich finansów.

Starałam się robić tak, aby nie bolało. Ciąć tylko zbędne wydatki, ale jednocześnie spróbować zaoszczędzić. Po roku ten bilans oszczędności wynosi ponad 13 tysięcy. Z małą pomocą VeloBanku będzie to 14 tysięcy złotych w ciągu roku. Mało? Dużo? A przede wszystkim – JAK?

Kilka tysięcy złotych rocznie na samych subskrypcjach

Znasz to dobrze. Pojawia się reklama jakiejś aplikacji – świetna jest! Przez 7 dni za darmo, a potem tylko kilkanaście złotych rocznie. Później… Pewnie nawet nie otworzyłeś tej apki, a kasa leci…

I tak po kolei:

  • kilka platform filmowych (ja miałam 5, bo na każdej jest co innego) – sama usunęłam aż 4 i zostawiłam jedną, tę, z której najczęściej korzystam. Tylko ten ruch pozwolił mi zaoszczędzić aż 1740 zł rocznie. Dwa koła więcej w portfelu!
  • aplikacje do zarządzania zadaniami, czasem, budżetem – co rusz próbowałam testować różne, a w efekcie z żadnej nie korzystałam, więc zrezygnowałam ze wszystkich. Kolejne 1200 zł oszczędności.
  • subskrypcje ebooków – ja miałam ich aż 2 – Audioteka i Storytel. Zostawiłam Storytela, bo z niego częściej korzystam. Zaoszczędziłam 288 zł rocznie.
  • platformy muzyczne – tu była ich cała masa. Tidal, Spotify, Apple Music – przecież w każdej jest coś innego, inne playlisty. Nie! To nie czas na takie rozpusty. Zostałam przy Apple Music z prostej przyczyny – płacę za miejsce w chmurze, muzykę, AppleTV jedną niewielką kwotę miesięczną. Reszta out! Oszczędności: 708 zł rocznie.

Dodatkowo pozbyłam się płatnych licencji programów, których nie używam: Office, Photoshop, edycja video online – w sumie grubo ponad 2000 zł.

Kiedy subskrybujesz jakąś usługę, wydaje Ci się, że to nic takiego. Nie wpłynie aż tak na domowy budżet. Ale kiedy zaczynasz to sumować – wychodzi astronomiczna suma: 6636 zł. To trzy raty kredytu za mieszkanie. Miesięczne utrzymanie. I wiele więcej. Za rezygnację z czegoś, czego nawet nie poczułam!

Listy zakupów i plan posiłków

Osławione listy zakupów i plany posiłków na każdy tydzień – byłam ich największym przeciwnikiem. Bo niby czemu mam się ograniczać?

Jeśli mam ochotę na lody w sklepie, to co, nie wolno? Ano wolno! Tylko jak zaczęłam zbierać paragony (tego też wcześniej nie robiłam) i liczyć, ile kosztują te dodatkowe zachcianki – to mi się odechciało.

Na początku stopniowo, powoli, zaczęłam najpierw zabierać i czytać paragony, sprawdzać i porównywać ceny. Teraz po prostu idę do sklepu z listą zakupów.

Jeśli mam wyjątkową zachciankę – czasem sobie pozwalam na odstępstwo. Ale nie zawsze.

Moja aplikacja bankowa policzyła za mnie, ile zaoszczędziłam na tym. Kiedy wiem, co mam do kupienia i co zjem na obiad, wydaję o 10% mniej na zakupy spożywcze!

Dodatkowo teraz biorę udział w promocji VeloBanku. Założyłam tam konto za namową Roberta, powiedział, że u niego fajnie to zadziałało. I faktycznie!

Nie dość, że teraz mniej wydaję na zakupy to jeszcze VeloBank zwraca 10% tego co wydaję. Zakupy od razu są lżejsze!

Swoją drogą, powiem Ci, że nie byłam przekonana do VeloBanku. Nowy bank, mało znany. No ale jak dali taką promocję, to aż żal było się nie skusić! Teraz tak polubiłam ich konto i aplikację bankową, że zastanawiam się, czy nie przenieść do niech konta z mojego obecnego mBanku, w którym jestem od 15 lat!

Pomyślę o tym jeszcze, ale ich promocję Ci polecam. Lubię jak bank oddaje mi kasę za zakupy:

Sprzedaj to, czego nie używasz, a za te pieniądze kup sobie coś nowego

Brzmi banalnie, ale z drugiej strony – ostatnio rozmawiałam ze znajomą, która zastanawiała się, czy sprzedać skuter, którego nie używa.

Ja od zawsze podchodziłam jak pies do jeża do tych wszystkich portali w stylu Vinted czy OLX.

Nie dość, że trzeba się namęczyć, zrobić zdjęcia, opisać, wrzucić, to potem jeszcze to wysłać… Ale tak było do czasu…

Kiedy nie mogłam znaleźć butów na siebie (bo noszę 42, a damskich niewiele robią), zajrzałam na Vinted. Oczywiście za ostrą namową znajomych.

Weszłam… i już zostałam. Na początku tylko wyszukiwałam dla siebie różne rzeczy. Ceny kilkukrotnie niższe niż w sklepie kusiły niemiłosiernie. Bo w sumie – jeśli w byle jakiej sieciówce mam zapłacić za bluzkę 200 zł, to na Vinted mogę mieć 4 różne oryginalne bluzki w tej cenie. Nowe, lub prawie nowe.

Potem zaczęłam sprzedawać! Na początku drobne koszulki, których nie noszę. Teraz nie mam skrupułów. Jak nie noszę – wystawiam. Efekt jest taki, że praktycznie nie płacę za nowe ciuchy. Sprzedam coś swojego, za to kupię coś nowego. I ekologicznie i ekonomicznie.

Przełamałam się i to jest super sprawa! Swoją drogą, pierwszy cachback z VeloBanku dostałam właśnie za zakup butów na Vinted. Zaszalałam. Zawsze marzyłam o Timberlandach takich jasnych, do kostki. Ale jak to, dać 600 zł za buty, które nie są trekkingowe? Nie!

Więc nie kupiłam sobie. Aż na Vinted znalazłam. Nowiutkie. Nieużywane. Ktoś w Czechach kupił sobie za małe i sprzedawał. Za 200 zł! Nawet się nie zastanawiałam i mam! Kilka dni później wpadł mi pierwszy cashback od VeloBanku, więc de facto buty kosztowały nawet mniej!

Tylko uważaj! Takie zakupy i sprzedaż ma jedną wadę – ja, odkąd kupuję na Vinted, nie mogę zdzierżyć cen w sieciówkach.

Choć mój portfel jest zadowolony. Kiedy podliczyłam, że do czasu Vinted wydawałam średnio 2000-3000 zł rocznie na ciuchy i buty, teraz wydaję max 200 zł, a ciuchów mam więcej niż kiedykolwiek! Znów w kieszeni zostaje 1800 zł.

A może tak autobusem?

Jestem kierowcą. Uwielbiam jeździć autem, ale nie oszukujmy się – to kosztuje, i to niemało. Szczególnie przy obecnych cenach paliwa.

Tydzień temu wybrałam się autem w odwiedziny do siostry do Warszawy. Wpadam do niej czasem na weekend, idziemy wtedy do jakiegoś klubu, na drinka, na window shopping. Takie tam. Zazwyczaj paliwo w dwie strony i po mieście kosztuje mnie jakieś 450 zł (jeżdżę na gaz). Już prawie byłam na miejscu, kiedy trach! auto stanęło na środku drogi. I ani drgnie. Silnik działa, biegi nie.

Laweta, warsztat – szybka diagnoza – prawdopodobnie sprzęgło do wymiany. Jedyne 3000 zł. Pech to pech. No ale co teraz? Jestem w tej stolycy, bez samochodu. Siostra mieszka na zadupiu. No fakt, teraz ma metro niedaleko, ale wciąż. Nigdzie pojechać.

To był weekend bez samochodu. I to jaki fajny!

Mogłam pić drinki nie martwiąc się, jak wrócę, przejechałam się metrem i autobusami. Fajnie było. A jeszcze fajniejsze były rachunki. Zamiast 450 zł za paliwo zapłaciłam jedynie 230 zł (jak już odzyskałam samochód).

Przekonałam się, że autobusy i metro to fajny środek transportu. Nie stoję w korkach. Nie narażam się na głupich kierowców. Siedzę sobie jak królowa i czytam książkę albo patrzę przez okno. Bilans weekendu: +170 zł za paliwo. Minus 3000 zł za naprawę sprzęgła 😀

Jakby nie liczyć, gdyby tak przesiąść się z auta do autobusu, wychodzi dużo taniej. I ile mniej nerwów.

Kawa i jedzenie na mieście? Czemu nie! Ale z umiarem!

Spotykam się ze znajomymi, którzy narzekają że kawa i jedzenie na mieście takie drogie. Kiedyś (czyt. przed kryzysem) normalny był wypad na kawę, do restauracji, kiedy tylko miało się ochotę.

Teraz to duże obciążenie dla portfela. Kawa w kawiarni to średnio 16-17 zł. Do tego ciastko lub kanapka – drugie tyle. Obiad – 50 zł w górę. Fastfoody też podrożały i niewiele się różnią cenami od normalnych knajp.

Siłą rzeczy wyjścia do knajpy trzeba było ukrócić. Teraz, kiedy idę na zakupy, biorę sobie kawę do butelki termicznej. Własną. Dobrą. I wypijam, kiedy mam ochotę. Na kawę do knajpy chodzę od czasu do czasu. Podobnie do restauracji.

Zrobiłam z tego takie małe święto. Raz w miesiącu idę na dobry obiad do knajpy, a dwa razy w miesiącu na kawę. Takie wyjścia są atrakcją, nie powszednieją. A dzięki takiemu ograniczeniu portfel znowu może odetchnąć.

Ile zaoszczędziłam?

Dzięki takim prostym sposobom, niewiele sobie odmawiając zaoszczędziłam ponad 13 936 złotych! To jest ponad 1000 zł miesięcznie! Dodatkowo dolicz do tego 650 zł premii od VeloBanku, i masz ponad 14 tysięcy złotych!

Powiesz – ja jestem oszczędny, nie mam takich wydatków – ale jak dokładnie przyjrzysz się swoim paragonom, wyciągom bankowym, to szybko się zorientujesz, że Ty też możesz sporo zaoszczędzić! POLECAM!

Chcesz więcej takich treści?

.

Może Ci się spodobać: