Bywa tak, że coś nam chodzi po głowie od wielu miesięcy, a nawet lat, ale brakuje bodźca, który sprawiłby, że myślenie zamienia się w działanie. 

Ja tak miałam z minimalizmem. Z jednej strony od zawsze mnie ciekawił, podobały mi się pomieszczenia skromne, bez przepychu i miliona “trzymaczy kurzu”. Co prawda nigdy nie byłam skłonna do takich bibelotów, ale jednocześnie byłam mistrzynią “kupowania na zapas”. 

Od zawsze kupowaliśmy zapasy jedzenia. Mąka? 20kg. Makarony? 20 paczek. Płatki owsiane? Wiadomo, minimum 10kg.

Kiedyś nawet mieliśmy w domu 200 rolek papieru toaletowego i to na wiele lat przed covidowym toaletowym szaleństwem 🙂

Ale jedzenie to jedno. Drugą rzeczą były wszystkie “przydasie” – od wartościowych urządzeń po garnki, kubki i sitka, aż po wszystkie nietrafione prezenty oraz rzeczy, do których czułam sentyment. 

Ostatnio usłyszałam od znajomego, że im dłużej człowiek zamieszkuje jedno miejsce, tym więcej takich rzeczy się zbiera. I faktycznie tak jest. Nie ma się wewnętrznej motywacji do przegrzebywania całego domu i odrzucania niepotrzebnych rzeczy. Prędzej stajemy się kreatywni w wyszukiwaniu kolejnych zakamarków, w które można coś jeszcze wcisnąć. 

Moje pierwsze kroki w minimalizmie…

Największą inspiracją były dwa wydarzenia, które miały miejsce w krótkim odstępie czasu.

Najpierw natknęłam się na film na Netflixie “Minimalizm: Czas na mniej”. Coś we mnie zatrybiło. Zaczęłam rozglądać się po mieszkaniu i wyszukiwać tych najbardziej wartościowych rzeczy, których nie używamy. Biurka z Ikei w piwnicy, dodatki do iPhone’a, którego nie miałam już od roku, robot kuchenny, rolki, namiot, śpiwory, iPad, który czekał 3 lata na skonfigurowanie. A to dopiero był wierzchołek góry lodowej. Lekką ręką w 2 tygodnie odzyskałam 5 tysięcy złotych. 

To jednak był najłatwiejszy z kroków, bo wiedziałam, że sprzedaż wygeneruje konkretny zysk. 

Druga sytuacja nastąpiła kilka miesięcy później, gdy zdecydowaliśmy się ostatecznie na przeprowadzkę do Niemiec. Spakowałam część dobytku w kilka dużych kartonów i… zdrowotne sprawy przykuły mnie do łóżka na bite 3,5 tygodnia. W międzyczasie nasz świat obrócił się o 180 stopni i zdecydowaliśmy jednak zostać w Polsce. 

1,5 miesiąca od spakowania kartonów przyszedł czas na ich rozpakowanie. Moją pierwszą myślą było: co w nich jest, że ani razu przez 1,5 miesiąca nie potrzebowałam ANI JEDNEJ rzeczy z kartonów? 

I to był moment przełomowy numer dwa. To mnie zmotywowało do ponownego, surowego zweryfikowania całych kartonów oraz wszystkich kątów w mieszkaniu, czego efektem było utworzenie  sterty rzeczy do oddania/sprzedania zajmującej ⅓ dużego pokoju. 

Podczas rewolucji domowej zauważyłam cztery najważniejsze etapy, z czego każdy następny jest o wiele trudniejszy od poprzedniego (może dlatego większości osób tak ciężko “dotrwać” do końca). 

1 ETAP: Podjęcie decyzji o pozbyciu się zalegających rzeczy

Ten etap opisałam dość skrupulatnie, więc dodam tylko tyle, że on musi przyjść z wewnątrz. Jeśli ktoś Cię do tego zmusi, to zrobisz to na odpieprz i za chwilę temat znów do Ciebie wróci.

2 ETAP: Zdecydowanie, które rzeczy idą na sprzedaż

To nie jest łatwe. Tym bardziej, jeśli kupuje się rzeczy wysokiej jakości, więc stwierdza się, że jak nie teraz, to przydadzą się później.

Nie pamiętam już jak długo oszukiwałam się, że nauczę się jeździć na rolkach. Podczas segregacji ta myśl była tak uporczywa, że omal ze mną nie wygrała. Stwierdziłam jednak, że jeśli nie zrobiłam tego przez ostatnie 3 lata, to szansa jest jak 1:10000, że zrobię to tego lata (z moim stanem zdrowotnym wiedziałam już, że jest to niemożliwe). 

Przy ubraniach sytuacja była łatwiejsza po przeczytaniu dwóch książek Marie Kondo na temat efektywnego sprzątania i pozbywania się ubrań. Najbardziej utkwiła mi myśl “Podziękuj swoim ubraniom”. To trywialne, a z drugiej strony po prostu do mnie trafiło. Zdecydowanie łatwiej było mi pożegnać się z ciuchami, które zwyczajnie nie leżały na mnie już tak dobrze jak kiedyś. 

Inną kategorią ubrań jest: “to będzie po domu”. Ja wiem, że najlepsze i najwygodniejsze są te najbardziej rozciągnięte i zużyte rzeczy. Tutaj znów pomogła mi inna myśl znaleziona w internecie: “Ubieraj się tak, że jak ktoś miałby przyjść do Ciebie z niezapowiedzianą wizytą, to Twoją pierwszą myślą nie jest: MUSZĘ SIĘ PRZEBRAĆ!”. Wyznaję tę zasadę od kilku lat i serio – mam jedną koszulkę i jedne spodnie “na remont”. Reszty się pozbyłam.

3 ETAP: Sprzedać, oddać czy wyrzucić?

Kiedy myślisz, że najgorsze za Tobą, pojawia się sterta niechcianych już rzeczy, z którą trzeba coś zrobić. Wyrzucenie dla mnie jest ostatecznością. Wyrzucam tylko rzeczy zepsute, nie do naprawy oraz zniszczone. Choć i tutaj sytuacja nie jest tak oczywista, jakby mogła się wydawać.

Na pewno w Twojej okolicy działa podobna grupa na Facebooku do tej, do której niedawno dołączyłam. Moja nazywa się “Uwaga , śmieciarka jedzie – Śląsk i Katowice”. Zdziwiłbyś się jakie rzeczy potrafią znaleźć nowych nabywców. Ludzie są kreatywni i kiedy moją pierwszą myślą było wyrzucenie przeterminowanej o 2 lata fasoli, ktoś użył jej jako wsad do zabawek sensorycznych dla dzieciaków w przedszkolu. 

4 worki ubrań spakowałam i zawiozłam do przyjaciółki pracującej w Domu Dziecka dla dzieci powyżej 13 r.ż. Raz spróbowałam bawić się w sprzedaż przez Vinted. Zajęło mi to kilka godzin (pożyczony manekin od koleżanki, zdjęcia, obróbka, wstawienie opisu) i sprzedałam kilka z nich, w sumie za grosze. Jak dla mnie ten portal jest dobry do kupowania, bo naprawdę można kupić perełki za bezcen, ale w sprzedaż już nigdy się nie będę bawić. 

To samo stało się z biżuterią. Zdałam sobie sprawę, że na co dzień praktycznie jej nie używam, a od święta mam dwa ulubione zestawy. Wszystkie srebrne komplety (często nowe) poszły do dzieciaków.

Zrobiłam też czystki w książkach. Spakowałam wszystkie te, do których wiedziałam, że już nie wrócę i zawiozłam do najbliższej biblioteki. 

4 ETAP: Jak nie wrócić do starych nawyków?

Mam kilka trików, które ułatwiają uniknięcia “efektu jo-jo w zawalaniu się niepotrzebnymi rzeczami”: 

  • cyklicznie, najlepiej dwa razy do roku weryfikuję swoją szafę. Sprawdzam, czy wszystkie ubrania nadal mi się podobają i są w moim guście. Jeśli jest jakieś ubranie, do którego mam ambiwalentne uczucie, wtedy chowam je do “worka przechowania”. Ubranie leży w takim worku do 6 miesięcy. Jeśli przez ten czas nie sięgnę do worka, oznacza to, że nic z niego nie potrzebowałam. To trochę takie oddanie, które jeszcze można cofnąć
  • kupiłam porządną, dużą szafę na ubrania, która mieści wszystkie ciuchy domowników. Jest to dla mnie taki fizyczny odpowiednik umiaru. Nie mogę kupić więcej ubrań, niż zmieści moja część szafy. Do tego zdecydowałam się na system 1:1. Jeśli kupię jedną nową sukienkę, to jedną starą muszę oddać. To naprawdę dobrze działa. 
  • tę samą zasadę 1:1 stosuję obecnie do książek. Mam jeden wyznaczony regał i kupuję książkę, gdy inną oddam. Do tego zaczęłam w końcu korzystać z miejskiej biblioteki. Pozostała mi w głowie wizja tego, że są tam tylko książki sprzed 20 lat – jakże się myliłam! 
  • jeśli już chcę coś kupić, wrzucam to do koszyka i odczekuje 24 godziny i wracam do zakupu po pełnym dniu. W wielu przypadkach stwierdzam, że dałam się ponieść chwili i ta rzecz wcale nie jest mi niezbędna
  • nie wystawiam się na próby – jeśli nie czuję potrzeby posiadania czegoś (to dotyczy się zarówno ubrań, jak i urządzeń, sprzętów), to nie chodzę po centrach handlowych, nie przeglądam “gorących ofert”. Świat dzisiaj na tym stoi, że wytwarza w nas pragnienia, których wcześniej nie odczuwaliśmy. Nie ma co nadwyrężać swojej silnej woli 🙂 
  • nie zostawiam na zaś – mam świadomość, że przynajmniej kilka z tych setek oddanych rzeczy kiedyś może mi się przydać. Jeśli jednak będzie to za 5 czy 7 lat może się okazać, że rzecz jest już za stara lub czujemy, że wolelibyśmy i tak jej lepszą wersję. Być może będę po prostu wtedy musiała ją kupić i czuję na to zgodę. To takie ryzyko, którego mam świadomość. 
  • zaczęłam prosić przyjaciół o niematerialne prezenty – moja radość sięga zenitu, gdy jako prezent otrzymuję wspólnie spędzony czas w restauracji czy wspólnie spędzoną aktywność. Często też proszę o wsparcie jakiejś wybranej akcji charytatywnej dla zwierząt. Ostatnio otrzymałam piękny bukiet z warzyw! To wszystko raduje moje serce i nie zapycha niepotrzebnie mieszkania
  • kupuję wielofunkcyjne urządzenia – fakt, są droższe i trzeba jednorazowo więcej zainwestować, ale to się naprawdę zwraca. Im więcej sprzętów na wyciągnięcie ręki, tym więcej z nich będziesz korzystać. U nas na blacie kuchennym stoi wyciskarka do soków, bo patrząc po znajomych: jeśli schowasz, to sok zrobisz od święta. My wyciskamy sok wielowarzywny co drugi dzień na 2 dni. Urządzenie może też zrobić lody czy shake’i. Zastępuję nam więc 4 sprzęty. Podobnie jest z robotami kuchennymi. W dzisiejszych czasach jeden robot może załatwić wszystkie potrzeby kuchenne. 

Niby piszę o minimalizmie, a jednak nie potrafiłam podejść minimalistycznie do ilości napisanych słów 🙂

Sama jeszcze wiele się uczę, myślę, że jestem na początku drogi. Chętnie podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami, które pojawiły się w ostatnim roku. A jakie Ty masz doświadczenie w tym temacie? Masz podobne spostrzeżenia czy zupełnie inne? Chętnie usłyszę o Twoim podejściu do tego tematu – pisz śmiało w komentarzu!

Może Ci się spodobać: