Jakoś tak półtora roku temu popełniłam ogromny błąd. Mało tego, zorientowałam się, że wszystko jest nie tak dopiero po 8 miesiącach.
I niestety w tym przypadku konsekwencje były bardzo poważne. Za swój błąd zapłaciłam pieniędzmi, straconym czasem, zdrowiem i… marzeniami…
Posłuchaj mojej historii i uniknij podobnych strat u siebie.
Zaczęło się całkiem nieźle…
Tak już mam, że jeśli się za coś biorę, to na poważnie. Bez półśrodków. Kiedy postanowiłam, że nauczę się jeździć na nartach, to tylko z najlepszym nauczycielem. Wiedziałam, że będę potrzebowała się przygotować do tego.
Ale co ja tam wiem… bieżnie, steppery, orbitreki… pochodzę raczej z niesportowej rodziny, więc to wszystko było zbyt abstrakcyjne. Podobnie jak te narty 🙂
Stwierdziłam “ok, chcesz na poważnie te góry i narty, potrzebujesz trenera, który Ci pomoże kondycyjnie“. Bardzo starannie wybrałam klub fitness. Najlepszy w mieście. I trenera, który ponoć miał do czynienia z olimpijczykami. “To może ze mną też sobie poradzi” – myślałam.
Na pierwszym spotkaniu powiedziałam dość jasno. Jestem trudnym klientem. Ostatnie kilka lat przesiedziałam w fotelu. Mam Hashimoto (chorobę tarczycy) i insulinooporność, które chwilowo są pod kontrolą. Chcę chodzić po wysokich górach jak po płaskiej jezdni. Bez wysiłku.
Podjął wyzwanie. Powiedział, że sobie poradzi, że przecież nie takie rzeczy robił. Żebym zadbała o dietę. On zadba o formę. Czułam się bezpiecznie i zaufałam.
Wzięłam się za to na poważnie. Treningi personalne kilka razy w tygodniu miały mnie do tego przygotować. Masa mięśniowa rosła. “To dobrze, tak ma być” – mówił. Narty jakoś poszły. Bez rewelacji, ale nie padłam po pierwszym zjeździe.
A że te narty jakoś mocno pokochałam, to jeździłam często. Dwa razy w tygodniu. Trener od kondycji nie był zachwycony. “To nie poprawia wydolności, musimy robić więcej ćwiczeń siłowych“. O ja naiwna…gdybym wiedziała…
Ale nawet nie przypuszczałam, że coś może być nie tak. Byłam uczona zaufania do autorytetów. Skoro sprawdziłam klub i opinie w internecie, to ma być dobrze. Wciąż słyszałam, że forma rośnie. Że mogę planować swoje wyprawy górskie, będzie dobrze. Zaplanowałam na lato. Umówiłam przewodnika. Wszystko było gotowe.
No i…wtopa…

Prawda jest taka, że przez zimę nie bardzo chodziłam po górach. Bardziej jeździłam na nartach. Jednak przyszła wiosna, maj. Główna wyprawa była zaplanowana na lipiec. Poszłam więc w maju na taką “rozgrzewkową” wycieczkę. Niedaleko. Hala Gąsienicowa, Czarny Staw. Po 6 miesiącach intensywnych treningów to przecież pestka. Poszłam zupełnie pewna.
Pierwsze podejście, jeszcze w Kuźnicach…i problem. Pomyślałam, że pewnie jestem nie rozgrzana i dlatego. Ale im dalej, tym było gorzej. Każde kolejne podejście to już prawie była śmierć. A gniew narastał. Zastanawiałam się, jak to w ogóle jest możliwe, o co chodzi? Przecież miało być super. Wszystko zaplanowane. I co teraz?
Przecież miało być tak pięknie…
Wróciłam z gór, poszłam na trening. Zaczęłam pytać, o co chodzi? Dlaczego? Jak to się stało? Trener twardo twierdził, że to niemożliwe, że widocznie mam za dużo stresów w pracy, może to był zły dzień. Nie poddajemy się, ćwiczymy dalej. Do lipca będzie super.
Ale coś jakby…stracił pewność siebie. Zaczął się zastanawiać, czy może nie powinno być więcej ćwiczeń kardio, ale przecież z drugiej strony jest taki progres.
Zaczęłam przeglądać internet, czytać, jak powinien wyglądać trening górski. Większość “specjalistów” twierdziła, że właśnie ćwiczenia siłowe, głównie to. Jeden twierdził co innego. Zupełnie. To mnie zainteresowało.
Okazało się, że była to strona trenera polskich himalaistów. Nawiązałam kontakt, zamówiłam konsultację. Musiałam się dowiedzieć, o co chodzi.
To wszystko nie tak…
Karol, bo tak ma na imię, bardzo taktownie wyjaśnił mi, że trening pod kątem gór powinien wyglądać zupełnie inaczej. TOTALNIE inaczej. Że w górach taka tkanka mięśniowa nie jest potrzebna. Że przy insulinooporności i chorobach tarczycy trzeba szczególnie uważać. Że to nie jest tak, że skoro nie boli, to choroby nie ma.
Powiedział też bardzo szczerze, że moje plany górskie w lipcu raczej nie mają szans się udać. Żebym je potraktowała treningowo. Zobaczyła, ile jestem w stanie zrobić. A te stricte wysokogórskie – no cóż. Musiałam odłożyć. Ale wszystko przed nami 🙂
Nowy trener rozpisał mi treningi, które miałam robić przez te dwa tygodnie, które dzieliły mnie od urodzinowej wycieczki. ZUPEŁNIE inne. Zero ciężarów. Tylko kardio.
Nie pytaj. Czułam się oszukana i zawiedziona. Zmarnowałam 8 miesięcy, które miały mnie przygotować do letnich wypraw. Straciłam kupę pieniędzy, bo treningi personalne nie są tanie. Jak się okazało, zapłaciłam też za to zdrowiem. Ale o tym za chwilę. Wtedy jeszcze tliła się we mnie nadzieja, że chociaż moje marzenia nie są pogrzebane do końca…
To była katastrofa…
To był 1 lipca. Piękny, słoneczny dzień. Wmawiałam sobie, że dam radę. Przecież idę z najlepszym przewodnikiem. Jakoś to będzie. W końcu jakoś ćwiczyłam przez 8 miesięcy. No dam radę.
Nie dałam. Niestety. Musieliśmy zmienić trasę i plany. Na szczęście mój przewodnik wymyślił inny wariant spaceru, żeby nie było zupełnej tragedii. Trzymałam fason do końca, ale po powrocie do domu nie wiem, ile godzin płaczu zaliczyłam. Katastrofa, wstyd, stracony czas. Mój i przewodnika. A najgorszy był ten wstyd. Nie dałam rady. Mimo, że poświęciłam temu 8 miesięcy życia.
Długo się zbierałam po tym (Robert świadkiem). Ogólnie jestem spokojnym człowiekiem, lubię ludzi i unikam konfliktów. Ale poziom gniewu był tak wysoki, że trzymałam się od tej felernej siłowni jak najdalej. To mogło źle się skończyć. Oczywiście, napisałam skargę, prośbę o zwrot poniesionych kosztów. Wiesz co usłyszałam? Że im przykro, ale treningi się odbyły, więc mimo że to ich wina, na zwrot pieniędzy nie mogę liczyć.
Podnosząc się z dna…
W końcu się pozbierałam. Całe szczęście od razu po powrocie z tej pechowej wycieczki skontaktowałam się z Karolem, tym, który otworzył mi oczy i poprosiłam o pomoc. Całe szczęście, mimo że chwilowo nie wybieram się na K2, zgodził się. Najpierw musiałam przejść całą serię badań.
Badania krwi, tarczycy, cukru, insuliny, badania serca. Cały przegląd organizmu. Wizyta u endokrynologa. Okazało się, że długotrwałe ćwiczenia siłowe zablokowały metabolizm, rozchwiały tarczycę, a insulinooporność wymaga zastosowania dodatkowych leków. Jednak miłość do gór jest silniejsza. Zdecydowałam “zrobię co trzeba, będę brała leki, robiła sobie zastrzyki, zrobię te cholerne badania, tylko chcę chodzić po górach“.

Treningi zaczęłam od nowa. Zupełnie inne. Najpierw bardzo spokojne, delikatne, potem coraz bardziej intensywne. Bezwzględnym zaleceniem było wyjście w góry przynajmniej dwa razy w miesiącu, żeby sprawdzić postępy. Raz na tydzień “spowiedź” – rozmowa telefoniczna i ustalenie planu treningów na kolejny tydzień.
To właśnie Karol uświadomił mi, czym jest insulinooporność i Hashimoto. Że to groźne choroby, mimo że nie bolą. Że trzeba szanować swój organizm i dbać o regenerację. Że trzeba się regularnie badać.
Jest zupełnie inaczej…
Teraz, po kolejnych 8 miesiącach jest zupełnie inaczej. Trenuję prawie codziennie, poświęcam na to godzinę dziennie. Niektórzy mówią, że to szaleństwo. Ja mówię, że to droga do celu i do marzeń.
Chodzenie po górach staje się przyjemnością, podejścia nie są już takie straszne. Czasy przejścia zmniejszyły się dwukrotnie.
Bywa ciężko. Czasem się nie chce. Ale wtedy myślę o tym, co powiedział mój przyjaciel “każdy kroczek, każdy trening przybliża Cię do celu”. Wiem, że moje marzenia są w zasięgu ręki. I znów planuję wyjścia w wysokie góry.
Ufaj, ale…
Ja za swój błąd płacę nadal, mimo że minęło już ponad 8 miesięcy. Zaufałam człowiekowi, który miał być profesjonalistą.
Nie popełnij tego błędu! Ufaj ale sprawdzaj. Weryfikuj otrzymane informacje i nie daj się złapać w pułapkę autorytetów.
To tyczy się nie tylko trenerów, dietetyków, opiekunów czy doradców kredytowych. Możesz stosować to w całym swoim życiu. Czytając naszą stronę Banklovers.pl – również!
Prawda jest taka, że w Banklovers do naszej pracy podchodzimy bardzo serio – każdy tekst tworzony jest przez przynajmniej dwie osoby (jedna pisze, a druga sprawdza). U nas nie ma miejsca na błędy i przeoczenia.
Jednocześnie rozumiemy, że prawdziwą pewność zyskasz dopiero weryfikując wszystko we własnym zakresie.
Rozumiemy to i sami pomagamy Ci zweryfikować nasze słowa. Na końcu każdej naszej analizy promocji zamieszczamy jej regulamin. Zachęcam serdecznie byś zawsze do niego zaglądał. Byś czytając o promocjach, które rekomendujemy miał wewnętrzną pewność. Ale nie taką wynikającą z wiary w nasz autorytet. Taką wynikającą z własnej weryfikacji – ufaj, ale sprawdzaj.



